Tyrolka
Jesteśmy w Polsce przez kolejne pół roku.
Nasz lot poprzedził tygodniowy pobyt w Portugalii, w słonecznym, pełnym kwiatów Algarve, gdzie pracowałam jako postnatal doula. Ach, jak ja kocham portugalską naturę. Kiedy ktoś pyta mnie, który kraj wolę — Hiszpanię czy Portugalię — to nigdy nie jestem w stanie odpowiedzieć. Bo te dwa kraje zaspokajają we mnie dwa zupełnie inne rodzaje potrzeb. Hiszpania jest ekstrawertyczna, opalona i towarzyska, skłonna do spotkań i paplania o niczym, ale też sucha i prosta. Portugalia ukrywa się w morzu roślinności — na jednej łące odkrywasz tam ponad 100 gatunków obdarzonych chlorofilem istot i zatapiasz się. Wtedy czujesz, że już niczego nie potrzebujesz i możesz tam zostać na zawsze, w tych zapachach, świeżości. Jednak gdy zaczyna padać i trwa to dniami, tygodniami, pragniesz móc wyjść z ukrycia. Idealnie, gdy istnieje w nas świadomy balans.
Teraz jestem gdzieś poza balansem, chociaż kwitnąca masowo forsycja też zachwyca.
Byłam wczoraj z Locią na placu zabaw. Usiadłam na ławce z chęcią porobienia zaległych przelewów.
— Mamo, patrz! — wyrwało mnie z zapatrzenia w telefon.
To Locia — sama przyprowadziła siedzisko do miejsca startowego tyrolki, a następnie wskoczyła na nie i zjechała z radosnym śmiechem.
Jeszcze niespełna rok temu musiałam jej w tym pomagać, asystować, ciągać tę nieszczęsną tyrolkę do znudzenia, a potem pilnować córeczki, żeby nie spadła. Dzisiaj to ona sama się tym zajmuje, a ja mam tylko zerkać jednym okiem.
Pomyślałam, że napiszę o tym, bo rano miałam angielski z młodą mamą, dzieciaki 2 i 4. Jest bardzo przemęczona — na ten temat nawet pożartowałyśmy (bo lepiej się śmiać niż płakać). Przypomniało mi się. Przypomniało mi się, jak na tym samym etapie oglądałam dokument o więźniach, którzy celowo robili sobie krzywdę, np. jedząc gwoździe, aby trafić do szpitala i chociaż na chwilę wyrwać się z celi. I pamiętam to uczucie — dokładnie pamiętam, że uznałam to za nienajgorszy pomysł. Najeść się gwoździ i pojechać do szpitala, gdzie mogłabym się w końcu wyspać.
Dziś jest dla mnie oczywiste, że moje zdrowie psychiczne było wtedy bardzo niestabilne.
Gwoździ nie zjadłam, bo priorytetem była dla mnie kontynuacja karmienia piersią Lili. To też dokładnie pamiętam — ocenianie potencjalnych zysków i strat. I nie, nie zrobię tego, bo jak Lilunia sobie poradzi bez cycusia. Wszystko na jedną kartę. Zdrowie i zadowolenie dzieci stało u mnie absolutnie ponad wszystkim.
Po nastu latach od tamtego stanu rzeczy, dwójce dzieci więcej i holistycznym uleczeniu miłości do siebie z dumą patrzę na siebie, ale także na każdą inną kobietę z jakimkolwiek doświadczeniem macierzyństwa. Stąd tak łatwo znaleźć mi w sobie czułość dla nich. Bo mam jej dużo dla siebie.


Komentarze
Prześlij komentarz