Mama dla dzieci, nie dla reszty świata

 Nie da się zaprzeczyć, że ostatnimi czasy częstotliwość pojawiania się nowych wpisów na tym blogu dramatycznie spada. Pamiętam, gdy pisałam codziennie, czasami dwa razy. Pęd do dzielenia się każdym uczuciem, każdym wydarzeniem z mamo- dzieciowego świata narzucał rytm mojemu od siedmiu boleści funkcjonowaniu.

Latami byłam mamą.

Felka i Lili.

Potem trójki dzieci w unschoolingu.

Tą, co karmi piersią po 5 lat.

Ludzie nie rozpoznawali mnie na ulicy gdy szłam bez dzieci. 

W ich telefonach byłam nie Marią a "Felix' mum" albo innym tego typu tworem.

Czasami dosłownie zapominałam kim jestem i latami nie umiałam odpowiedzieć na pytanie co lubię robić. Jakie jest moje hobby. Hobby? Pieluchy wielorazowe? Naturalna higiena niemowląt? A może eko talerzyki dla toddlerów i rozszerzanie diety? Jeszcze ewentualnie robienie plasteliny z mąki i oleju. Oooo, to była prawdziwa pasja a nie hobby. Doszłam do rzetelnego mistrzostwa.

Podoba mi się, że w tych wspomnieniach nie ma goryczy chociaż momentami rzygałam ze zmęczenia, poczucia winy i frustracji. Zamykam ten okres matkowania małym dzieciom (Locia 2 tygodnie temu skończyła 5 lat) z wdzięcznym uśmiechem na ustach.

Dziś pomyślałam, że powinnam zamknąć również tego bloga. Ale czy serio? Przecież nadal mogę pisać tyle że to nie będą już wyznania skonfudowanej, dumnej czy przerażonej mamy- a raczej świadomej kobiety, która dawała z siebie ile mogła przez 17 lat (tego bloga piszę od prawie 16) a teraz patrzy na swoje życie z poczuciem dobrze wykonanego zadania- i idzie dalej.

Maluchy wciąż rzecz jasna potrzebują mnie i mają w sporym stężeniu. Kontynuujemy edukację domową. Uwielbiam ich towarzystwo. Ale to nie one mnie definiują.

Nie jestem tylko "mamą Loci"  bo jej życie towarzyskie nie jest zbyt bogate- wciąż najbardziej ceni sobie rodziców i rodzeństwo. Ale też dlatego że ośmielam się budować pozadzieciowe relacje. 

Przestaję też obarczać się porażkami i sytuacjami problematycznymi z życia starszakow- zrobiłam co mogłam- teraz oni piszą swoje historie. I chociaż w pierwszym odruchu zawsze chcę pomagać i robić wszystko za nich, szybko przybywa na ratunek refleksja, że przecież nie muszę. A nawet nie powinnam. 

Czytam książki. Chodzę na zakupy i na spacery sama. Rozmawiam już nie tylko o dzieciach. Świat jest fascynujący i ja w wieku prawie 40 lat odkrywam to na nowo. Jako dziecko zachwycałam się naturą, zwierzętami, przyjaźniłam z psami. W końcu czuję, że wolno mi do tego wracać.

Nie miałam bezdzietnego dorosłego życia bo prosto z domu rodzinnego, już w ciąży, zlądowałam bardzo młodo w małżeńskim pokoju akademika a potem w mieszkaniu po babci gdzie szybciutko dołączył do nas mały człowiek.

Nie wiem jak to jest zarabiać na swoje potrzeby, robić coś dla siebie, dorastać i podejmować istotne decyzje. Wszystko wychodziło w praniu i uczyłam się wyłącznie na błędach. Nie miałam nigdy dylematu co robić bo robiłam tylko to, czego potrzebował Felek a potem cała reszta.

Dla niektórych to może brzmieć wstrząsająco ale spieszę was uspokoić: dzieci były zawsze moim marzeniem. Jako piętnastolatka planowałam ósemkę. Życie pokazało, że 4 to prawie 8😉😉 I absolutnie niczego nie żałuję. 

Wciąż jedną nogą trwam w chaosie ale już tylko jedną. Nie taplam się w nim na ślepo z trudem łapiąc oddech.

Dlatego zostawiam tego bloga i planuję przetransformować go w platformę na której dzielić się będę życiem moim- Marii- douli i podróżniczki, kobiety spełnionej i gotowej na lekką stronę życia. Mamą będę zawsze- ale chcę nią być tylko dla moich dzieci- a nie dla całej reszty świata.





Komentarze

Popularne posty