W pracy
Siedziałam na skarpie, podziwiając bielejące na tle brązowo-zielonych gór miasteczko. Wiatr omiatał moją twarz. Maluchy budowały z Marcinem szałas. Starszaki buszowały samopas na szopingu w Granadzie (przygotowują się do kolejnego konwentu dla fanów anime).
Szybki luk w telefon, z którym rzadko się rozstaję – to moje narzędzie pracy. Ten mały, tak kontrowersyjny przedmiot sprawia, że to wszystko może się dziać. Już nie słucham specjalistów grzmiących, że za dużo w naszych żywotach ekranów- może i tak, ale to dzięki ekranowi moje dzieci mogą teraz hasać po Andaluzji a ja mam możliwość spędzać z nimi dosłownie całe dnie.
Ach! To moja dawna klientka ze Stanów. Niezłomna, odważna, wspaniała, mimo bardzo młodego wieku. Właśnie przeprowadziła się do Hondurasu, jest w ciąży z trzecim maleństwem. Już w poprzedniej ciąży kupowała u mnie konsultacje.
– Właśnie zarobiłam 700 zł – oznajmiłam mężowi.
To A. zarezerwowała kolejne konsultacje.
Odłożyłam telefon, by zaraz wziąć go znowu do ręki i tym razem zrobić zdjęcie szałasowi.
Chwilo, trwaj!
A dzisiaj rano facebook pokazał mi wspomnienia sprzed dokładnie 12 lat. Jeszcze przed kursem na doulę, z malutką Lilunią na piersi. Uderzyło mnie, że mimo wieku 27 lat moja twarz była twarzą dziecka. Dziecka, którym jeszcze wtedy byłam.
Dzisiaj tak dużo rzeczy jest dla mnie możliwych i łatwych. Nie dostałam tego za darmo i duma, która mnie napawa, gdy uświadamiam sobie własną konsekwencję, jest przeogromna. I ta niezłomność, tak, niezłomność! Widzę ją teraz w innych mamach- jedno dziecko w brzuchu, drugie na cycku, trzecie na drzewie! Ale przecież ja też tak.... Tyle było w tym czasami trudności. Już tam byłam. Teraz służę innym. I to bez poczucia, że ktoś mnie nadużywa.
Ten stan, w którym siedząc na skarpie zarabiam pieniądze dosłownie kilkoma kliknięciami potrzebnymi by odpisać na wiadomość to realizujące się marzenia, które kiedyś były zbyt nieśmiałe nawet na to, by aspirować na stanowisko marzeń.


Komentarze
Prześlij komentarz